galeria wyimaginowana
  Strona startowa
 


Dlaczego "galeria wyimaginowana"? Bo jestem tutaj, taka jaka chciałabym być, a nie taka jaką  bywam.
Za pomocą najprostszego (nie jestem zbyt biegła w komputerach) programu do obróbki fotografii stwarzam "wymarzoną siebie".
Zmieniam się również w zależności od dnia i godziny, kiedy robię zdjęcia. Lubię moje metamorfozy. Mam nadzieję, że Wam się też spodobają.

jeśli jesteś na bieżąco możesz iść do: najnowszy_wpis

jeśli chcesz zobaczyć ostatnie zdjęcia kliknij: fotografie  


                                                          


Prosicie, żebym coś o sobie napisała. Od początku miałam taki zamiar, jednak brakuje czasu. Ale obiecuję - już niedługo...





Ok... Zacznę od refleksji o języku polskim. Troszkę nie podoba mi się w nim to, że tak jednoznacznie oddziela rodzaj żeński od rodzaju męskiego. Prawie za każdym razem trzeba się określić. Nie pozostawia obszaru wspólnego dla obu płci. A przecież w każdym z nas jest trochę kobiety i trochę mężczyzny. Nawet w prawdziwym twardzielu można odkryć pokłady kobiecości. Nawet w delikatnej kobiecie można znaleźć męskie pierwiastki. Ja, na przykład, lubię rąbać drzewo. Kto by pomyślał, patrząc na te zdjęcia?
Znacznie lepiej, pod tym względem, wygląda sytuacja w języku angielskim. Tam, mówiąc i pisząc o sobie jesteś tylko sobą, bez dodatkowych informacji. Gdy piszesz np.: "I felt" nie określasz czy "poczułaś", czy "poczułeś". Piszesz od siebie, swojego zintegrowanego, choć nieustannie zmiennego w proporcjach, żeńsko-męskiego "ja". Wyrażasz tylko swoje doznanie, nie informując jakiej jesteś płci. Wydaje mi się to o wiele prawdziwsze niż kategoryczny podział, który istnieje w języku polskim. W pierwszym drgnieniu myśli, myślimy bez końcówek rodzajowych i angielski wspaniale to odzwierciedla.





Teraz na odmianę, coś lżejszego. Mała sytuacja z życia, którą można odebrać tylko, jako zabawną historyjkę, ale można też w niej znaleźć drugie dno.
Kilka dni temu, przez zupełny przypadek, oglądałam w telewizji końcówkę rozdania nagród kwartalnika - Fashion Magazine.
W pewnym momencie jest przyznawana nagroda dla najlepszej modelki. Chyba dlatego, żeby oceniać wdzięki dziewczyn nie sugerując się tym jak są ubrane, wszystkie wychodzą w takiej samej sukience. Patrzę i oczom nie wierzę. Wszystkie mają na sobie sukienkę, którą kupiłam dwa dni wcześniej w H&M. Stylista pokazu (nie wiem kto, ale przecież to nie był byle ktoś) wybrał ten sam model, który niedawno wybrałam ja! Urosłam w dumę. "Jaki ja mam świetny gust" przeleciało mi bezczelnie przez głowę. "Też mogłabym być stylistką" dodałam. Pomyślałam nawet czy nie otworzyć sklepu z ciuchami? Na razie jednak efekt jest taki, że ten model pojawił się w każdym sklepie H&M i po debiucie telewizyjnym, pewnie, cieszy się sporym powodzeniem.
Z mojej oryginalnej, NIEPOWTARZALNEJ, sylwestrowej kreacji - nici.

Dla jasności, na tej stronie jeszcze tej sukienki nie ma. Choć ta na zdjęciu powyżej też jest z H&M. W ogóle uważam, że to najlepszy sklep z ciuchami w Polsce. Można tam kupić naprawdę odlotowe rzeczy i za rozsądną cenę.





Pożądać i w tym samym momencie być własnym obiektem pożądania - przywilej Boga (choć teolog użył by raczej słów: uwielbiać i być obiektem uwielbienia). Swoją męską cząstką pożądać kobiecej strony swojej natury, lub będąc kobietą, pożądać swojej męskości.
To zupełnie co innego niż autoerotyzm, bo tam obiektem pożądania jest coś (najczęściej osoba) poza tobą. To także nie jest narcyzm, bo w nim kocha (pożąda) się samego siebie w całości.

A potem, jest już, jak u Eliota ( w przekładzie Miłosza):
         Pomiędzy pożądanie
         I miłosny spazm
         Pomiędzy potencjalność
         I egzystencję
         Pomiędzy esencję
         I owoc jej
         Pada Cień.
            Albowiem Tuum est Regnum
I to jest niestety prawda...





Kupiłam sobie "zalotkę". Jeśli coś można kupić dla tego, jak się nazywa, to właśnie to zrobiłam! Gdy pierwszy raz usłyszałam to słowo, spytałam zaskoczona: "Co to jest?" Kiedy mi wyjaśniono, zachwyciłam się taką nazwą. Jest w niej jakaś zwiewność, filuterność, adekwatność do tego czemu służy, choć jednocześnie pewien infantylizm - naiwność młodej dziewczyny, która wierzy, że w łatwy sposób stanie się bardziej atrakcyjna. Życie nie jest tak proste - wiadomo. Ale, gdy tylko wyszłam ze sklepu, sama zaczęłam tak myśleć: "Będę bardziej zalotna, atrakcyjna, uwodzicielska. Moje spojrzenie stanie się głębsze. Spojrzę w lustro i natychmiast się we mnie zakocha." "Jak można wierzyć w takie banialuki?" rezonowało moje sceptyczne "ja". Jednak, gdy tylko przekroczyłam próg domu, rzuciłam inne zakupy na stół i nawet nie ściągając butów weszłam do łazienki. Wyciągnęłam zalotkę z torby i natychmiast wypróbowałam. I tu, kolejne zaskoczenie: To działa!!!





Perwersja? Tak naprawdę, nigdy nie miałam w sobie poczucia perwersji. Nie mam go w dalszym ciągu. To, co robię wydaje mi się czyś naturalnym: integralną częścią mnie, poznawaniem siebie coraz lepiej, ciekawością, jaka jeszcze mogę być i poszukiwaniem tego, co jest we mnie stałe.
Nigdy też, nie oceniałam innych w tych kategoriach. Mogą mieć najbardziej niezwykle pragnienia, i jeśli czują taką potrzebę, mają prawo je realizować. Dzięki temu, miedzy innymi, świat jest taki ciekawy. Każdy człowiek jest niepowtarzalny, i z drugiej strony, każdy człowiek jest całym światem (jedność w wielości - wielość w jedności).
Jedynym nieprzekraczalnym nakazem, w tych poszukiwaniach, jest dla mnie "Nie krzywdzić drugiego człowieka" To granica naszej wolności. Kto ją przekroczy, słusznie winien jest potępienia.
Poza tym wszystko jest dozwolone. A dokładniej, nie ma czegoś takiego, jak "dozwolone" i "nie dozwolone". Myślę o swoich odczuciach, a nie normach społecznych. Dopiero w konfrontacji z nimi pojawia się perwersja. Choć nie mam zamiaru szokować, naruszam obowiązującą normę. Skąd ta norma się wzięła? Po prostu, większość ludzi nie ma takich potrzeb, jak ja. Dlaczego? - to już sprawa naukowców, filozofów i Stwórcy. Czy mam ludzi potępiać za to, że się mnie obawiają? Nie! Jestem dla nich pełna zrozumienia. Zamknięcie w sobie jest naturalnym odruchem obronnym przed czymś czego nie znają. A jak mają znać, jeśli tego w sobie nie czują?
Oczywiście, w wielu wypadkach jest tak, że zamykają się także przed czymś, co jest w nich samych. Spychają swoje skryte pragnienia do podświadomości, lub świadomie ich nie realizują. W tym drugim wypadku, to nie musi być obłuda (choć pewnie też się zdarza). Najczęściej trzeba ich podziwiać za silną wolę.
Wszystko jest kwestią motywacji. Tego, czy człowiek jest, czy się ciągle staje? Na ile można samemu, siebie kształtować i w jakim kierunku? Myślę, że nie ma na te pytania jednoznacznej odpowiedzi. Dlatego nie wskazuję, która droga jest lepsza. Każdy sam musi dokonać wyboru.
Tak to od perwersji doszliśmy do spraw fundamentalnych. Obiecuję, że następny kawałek będzie lżejszy.





Co lubię (w byciu kobietą) ?

No cóż, jak wiele kobiet lubię się stroić. Lubię się zmieniać. Lubię odkrywać swoje nowe oblicza. Lubię zakupy. Często kupuję coś na zasadzie odruchu, bez przygotowania, bo akurat bardzo mi się spodobało. Idę przez sklep z nadzieją, że coś wypatrzę. I nagle - Bingo! Jest! W tym będę świetnie wyglądać! Lubię ubierać się w to, co kupiłam, zaraz po powrocie do domu i cieszyć się, że się nie pomyliłam.
Lubię się malować. To mnie relaksuje. Lubię obserwować jak moja twarz się zmienia. Make up to jakiś rodzaj twórczości. Lubię spoglądać w lustro i sprawdzać efekt. A gdy już jestem "cała gotowa" od stóp po głowę, lubię sprawdzać w lustrze, jak wyglądam. Lubię też stroić do lustra miny i przybierać pozy, jakbym miała być zaraz fotografowana. Lubię się też fotografować i pewnie chciałabym być fotografowana.
Sprawia mi również przyjemność sama czynność ubierania. Lubię naciągać pończochy na nogi. Lubię, jak przylegają potem do mojego ciała. Lubię wkładać buty na wysokim obcasie i lubię w nich chodzić. Lubię też zakładać sukienkę przez głowę i zapinać zamek spódniczki (znowu się zmieściłam!).
Ale najbardziej ze wszystkiego w byciu kobietą, lubię dotyk włosów na moich nagich plecach. Uwielbiam to delikatne mrowienie, przy każdym poruszeniu głową. Często chodzę po mieszkaniu tylko w szpilkach i bieliźnie, żeby tego doświadczyć. Zadzieram głowę do góry i jeśli mam długie włosy, czuję, jak sięgają mi prawie do pasa. Każde ich muśniecie sprawia mi radość. Kładę się na łóżku i włosy miękko przelewają się przez moje ramiona. Przewracam się na bok i włosy łagodną chmurą przesłaniają mi widok. Odgarniam je z twarzy i wstaję, żeby znów poczuć, jak lekko omiatają moje plecy. Jestem w siódmym niebie...
Fajnie być kobietą.






"Ciekawość - pierwszy stopień do piekła" - mówi stara mądrość ludowa. Ponieważ ciekawość jest motywacją mojego działania, jestem daleka od tego, żeby to powiedzenie lekceważyć.
Zawsze uważałam, że trzeba doświadczyć wszystkiego, co mamy w życiu okazję doświadczyć (bo przecież i tak nie jesteśmy w stanie doświadczyć Wszystkiego). Dopiero wtedy gdy poznamy smak rzeczy, możemy ocenić, czy jest dobra czy zła. Powiedzenie "Ciekawość - pierwszy stopień do piekła" zakłada chyba, że są rzeczy, których nie powinniśmy w ogóle próbować, bo z natury są złe. Ale co w takim razie z "wolnym wyborem", który czyni nas "na obraz i podobieństwo"? Bez niego staniemy się bezmyślnymi zwierzętami. Cóż z tego, że będziemy szli w dobrym kierunku, jeśli będziemy to czynili "bezwolnie"? Czy w związku z tym, to powiedzenie jest fałszywe? Intuicja podpowiada mi, że coś w nim jednak jest. Może, chodzi więc o zwykle zachowanie proporcji? Może niesforna ciekawość odrywa nas od spraw ważniejszych i gdy będziemy o nich pamiętali wszystko będzie w porządku? Przyznam, że ciągle nie jestem zadowolona z tej odpowiedzi. Zabierając się do pisania, nie wiedziałam, że będzie taka trudna. Cóż to bowiem są, sprawy ważniejsze? Praca? Rodzina? Bóg? On jest najważniejszy - powie każdy wierzący Jeśli ciekawość prowadzi do piekła, to jej brak w przeciwnym kierunku - do nieba. Zdaje się logiczne. Jednak, ciągle gdzieś głęboko kołace się we mnie myśl: A może ciekawość to jedyna droga, żeby tam dotrzeć? Bez poznania naszej złej strony, nigdy nie znajdziemy drogi w przeciwnym kierunku. "Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni" mówił Mefistofeles do Fausta.





Przepraszam, że jeszcze o tym, ale jak mi jakaś rzecz nie daje spokoju, to myślę o niej, zanim sama sobie nie odpowiem.
A może w powiedzeniu "Ciekawość to pierwszy stopień do piekła" kluczowe jest słowo "pierwszy". Pierwszy - więc nie jedyny i nie najważniejszy! To zaledwie początek drogi i muszą nastąpić kolejne stopnie, które inaczej się nazywają i prowadzą głębiej. Mniejsza w tej chwili o to, jakie one mogłoby być (chociażby: pycha, chciwość, zazdrość...), ważne, że sama ciekawość to za mało, żeby do piekła trafić! Potrzeba, dalszych kroków, coraz niżej i niżej. Ten pierwszy ma o tyle znaczenie, jeśli będą kolejne.
Tak oto, na swój użytek wybawiłam od piekła wszystkich ciekawskich, czyli większość ludzkości. Można nadal bez obaw odkrywać nowe lądy i pisać traktaty o obrotach sfer niebieskich.
Ciekawość setkami dróg wiedzie nas do poznania "natury rzeczy" Jeśli ta natura jest dobra, to wszystko "po drodze" przestaje być istotne. Jeśli ta natura okaże się zła, to, co "po drodze" i tak nie ma znaczenia.






Jest dużo prawdy w mitycznej mocy włosów. Ich znaczenia dla naszej osobowości i wyglądu. Pamiętacie Samsona, który stracił swoją siłę po ich obcięciu? Podobno, przy pierwszym spojrzeniu, włosy niosą o nas pięćdziesiąt procent informacji.
Ja jestem naturalnie ruda (no może, nie tak intensywnie ruda, jak na zdjęciach) i uważam, że moje włosy idealnie pasują do mojego charakteru i imienia. Jestem nieco przekorna, wyzywająca, a w każdym razie, nawet gdy ubieram się spokojnie, chcę być zauważona.
Rozglądając się wokół, spostrzegam, że wiele Monik to rudzielce! Często nawet gdy nie jest to ich naturalny kolor, to na rudo się farbują. Zamknijcie oczy i spróbujcie wyobrazić sobie "idealną Monikę". Czyż nie jest ruda?
Może zresztą, to nie włosy pasują do imienia, a bardziej - imię do włosów? Mam takie wrażenie, zawsze gdy ubieram nową perukę. Spoglądam w lustro i prawie bezwiednie przychodzi mi do głowy jakieś imię. Kiedy jestem szatynką z jasnymi pasemkami staję się Klaudią. W mojej pierwszej blond peruce (patrz: poniżej) byłam Martyną. W długich ciemnych włosach nazywam się Andżelika. Naprawdę fascynujące. Zresztą, to nie musi być peruka. Wystarczy zmiana koloru włosów i fryzury. Czy też to tak odbieracie? Oczywiście, chodzi przede wszystkim o pierwsze wrażenie. Pozostajemy przecież sobą, ale w tej pierwszej chwili czujemy, że jesteśmy nieco inne niż dotychczas i chcemy tej nowej "ja" dać odpowiednie imię. To nie jest całkowita zmiana naszej osobowości (bo to przecież niemożliwe), a wyeksponowanie innej jej części. W człowieku jest nieskończona liczba wariantów własnego losu. Nieustannie, któryś z nich wybieramy.






"Co do siebie pasuje?" - babski problem czy wiedza tajemna? Jak się ubrać, żeby dobrze wyglądać? Jakie buty założyć do tej sukienki? Jaki kolor szminki pasuje do tego makijażu oczu? Czy tę bluzkę można nosić z tymi spodniami? Nieustannie zadaję sobie podobne pytania. Czasami, od razu znam odpowiedź. Czasami, długo przymierzam, zanim jestem zadowolona z rezultatu. Nie mam dokładnie wypracowanych kryteriów. Kieruję się intuicją i wyczuciem. Niekiedy, zasady, które biorę pod uwagę, wydają się nawzajem siebie wykluczać. Przyjmuję jedną z nich, w zależności od nastroju. Lubię kontrastujące ze sobą, dopełniające się barwy, ale równie dobrze wyglądają rzeczy w tej samej gamie kolorystycznej, ale o różnych fakturach. Chyba zła jest pełna jednolitość. To nudne. Ale chyba jeszcze gorsza jest całkowita pstrokatość. Lubię błyszczeć (ta chęć bycia zauważoną!), ale gdy cała świecę jak choinka - wygląda to fatalnie! Do leginsów z połyskiem wolę luźny, nie błyszczący top. A kiedy ubieram satynowa bluzkę, to co w dole (spodnie lub spódnica) powinno być matowe. No i dodatki. Niektórzy uważają, że są najważniejsze. Nie można z nimi przesadzać. Jeśli bransoletka, to już nie pierścionek na każdym palcu (jeden ujdzie, ale nie jest konieczny). Jak naszyjnik, to już da się obejść bez klipsów i kolczyków. Lepszy jeden, przyciągający uwagę element, niż kilka, które same dla siebie stanowią konkurencję. Te przykłady wymyślam na bieżąco. Mogłabym tak jeszcze długo. Jak napisałam: zasady nie są w żaden sposób skodyfikowane. Sądzę, że nie można ich skodyfikować. Na dodatek, wydaje mi się, że dla każdego są trochę inne. Pomimo tej "względności" pozostajemy pod ich przemożnym oddziaływaniem. Nie ubierzemy, czegoś, co nam do czegoś "nie pasuje". Niedawno, pod wpływem impulsu, kupiłam sobie różowy płaszcz. Teraz nie wiem, co do niego włożyć. Właściwie, powinnam dokupić do niego wszystko: od butów po biustonosz (myślę, że czerwony). Dopóki tego nie zrobię, płaszcz, w zasadzie, jest bezużyteczny.
Może więc, nasze zmagania by "wyglądać jak najlepiej" nie są tylko wyrazem naszej próżności? A zasady, według których wybieramy "co się z czym dobrze komponuje" tkwią w nas głębiej niż przypuszczamy? Może nawet nie są naszymi zasadami? Są niezmienne. Każdy z nas je tylko, na swój sposób, odczytuje?
Jeśli to prawda, wniosek może być tylko jeden. W ludziach tkwi dążenie do doskonałości. Zawsze, nawet mimo woli, próbujemy osiągnąć ideał. To, jak się ubieramy, to jedna z wielu dróg, którymi do niego zmierzamy. Wyrażenia: "idealny gust", "doskonały smak" nie należą tylko do świata mody. Jesteśmy zaprogramowani, że wszystko można zrobić lepiej. Żyjemy w matriksie piękna i madrości. Pozostaje pytanie: kto go stworzył?





Jeszcze do poprzedniego, żeby dokończyć:
Nauka, sztuka, moda, gotowanie, sport, biznes… Można tak w nieskończoność. To dzięki naszemu, nigdy nie zaspokojonemu „dążeniu do doskonałości” istnieje tzw. postęp. Nieustannie poprawiamy, szukamy, odkrywamy. Pragniemy być mądrzejsi, piękniejsi, szybsi. Wpadamy w tę pułapkę, choć wiemy, że to pułapka. Po prostu, nie mamy wyjścia. Tak jesteśmy skonstruowani. Chcemy wierzyć w reklamy, które obiecują, że to możliwe. Sami je tworzymy. Powołujemy się na dane statystyczne, które mówią, że jest lepiej (o tych, które mówią coś przeciwnego - staramy się zapomnieć). Żyjemy w matriksie piękna i mądrości.
Pozostaje pytanie: po co?





Zbliżają się Święta i jak co roku - ja, zazwyczaj radosna, ciesząca się każdą nową kiecką, dziewczyna, popadam w chandrę. Nachodzą mnie dołujące myśli, które w ramach terapii, próbuję ubrać w słowa. A ponieważ wierszy nie piszę, piszę coś co je przypomina. Luźne skojarzenia udające refleksje. Oto próbka:

nadzieja umiera ostatnia
ale też w końcu umiera
diabeł przejmuje kontrolę
substytuty życia
zakupy dla niej
jak będę w tym wyglądać?
pomyłka
przyrody. niezidentyfikowany fragment DNA
to, że nie jest prawdziwa
nie znaczy, że nie istnieje naprawdę
jak w kinie. siedzi tuż obok
czuję zapach jej włosów
seans się kończy
wstaję i rozstajemy się
na zawsze. kiepski film
problem w tym, że nie mogę zapomnieć
łaska wiary? przekleństwo!
nadzieja umiera ostatnia
ale też w końcu umiera
jest nadzieja, że umrze
będę uratowana






No, już jestem. Wszystko w porządku!
Najlepszy sposób na chandrę to wyznaczać sobie małe cele i próbować je realizować. Pamiętacie moje kłopoty z różowym płaszczem? Kupiłam go sobie pod wpływem chwili i nie miałam niczego, co można by do niego włożyć. Próbowałam różnych zestawień i ciągle było coś nie tak. Postanowiłam więc pójść na całość! Będę cała różowa, łącznie z włosami! Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Poniżej widoczny rezultat. Oczywiście mogłoby być lepiej. Jak kiedyś napisałam - nasze dążenie do doskonałości nigdy nie będzie zupełnie zaspokojone. Do pełni szczęścia przydałyby się różowe kozaki. Ale skąd je wziąść tak od razu? Myślę jednak, że moje muszkieterki też nieźle pasują. Nieprawdaż?
 


Swoja drogą, ciekawe dlaczego różowy uznawany jest za kolor najbardziej kobiecy ze wszystkich kolorów? Pogrzebałam trochę w Internecie i nigdzie nie znalazłam odpowiedzi. Owszem, jest dość oczywista etymologia, że słowo różowy pochodzi od słowa róża (dzikie róże są najczęściej różowe). Jest też trochę o symbolice tego koloru. Odniesienia pozytywne to na przykład: dziewczęcość, wrażliwość, delikatność, dziecięcość, czułość. Częstsze i bardziej dosadne są jednak skojarzenia negatywne: niedojrzałość, głupota, pusta lala, panna do towarzystwa. Jak widać prawie wszystkie łączą się z kobietą. Nie natknęłam się jednak na wyjaśnienie, skąd taka, czy inna symbolika się wzięła? Dlaczego to właśnie różowy jest kolorem kobiecym, a nie na przykład: niebieski? Oczywiście można powiedzieć, że ktoś tak kiedyś ustalił i już tak zostało. Ale dlaczego ustalił właśnie tak i dlaczego inni to zaakceptowali? Trudno mi uwierzyć, że był to tylko czysty przypadek, arbitralna decyzja ze skutkami na pokolenia. Zresztą, to raczej pewne, że nie było jednego „ktosia”. To był zbiorowy wybór, rozciągnięty na lata i bardziej podświadomy niż przemyślany.  Czy, dlatego że nie uległ zmianie, jego źródła nie należy szukać w nas samych? Może po prostu, gdzieś tam głęboko w duszy, (w głebinach jaźni - jeśli kto woli) kobiety lubią różowy bardziej od innych kolorów, a zbiorowy „ktoś” to zauważył i z nami skojarzył?





Na jednym z portali natrafiłam na forum, na którym dziewczyny spierały się, czy noszenie różowych rzeczy to obciach, czy coś fajnego? Mówiąc szczerze, byłam pod wrażeniem tych, co były za różowym. Przy takich mocnych, wręcz obraźliwych, argumentach przeciw (pisałam już: pusta, głupia, lala), obstawanie przy swoim było jakimś rodzajem odwagi. Chyba nie byłoby je na nią stać, gdyby naprawdę, niemal instynktownie nie identyfikowały się z tym kolorem i nie lubiły go nosić.
Zauważyłam, jeszcze jedną interesującą rzecz. Czym kobieta jest bardziej wykształcona (czyli obeznana z negatywnymi stereotypami na temat różowego), tym ma większe opory w noszeniu różowych ciuchów. Boi się obciachu. Nie chce się ośmieszyć. Nawet jeśli ma ochotę założyć coś różowego, często rezygnuje obawiając się reakcji otoczenia. Bądźmy ze sobą szczere! Czy nie zdarzyło się Wam to chociaż raz? Myślę, że paraliżuje nas wiedza, którą posiadamy. Kobiety bez tego bagażu, zachowują się w sposób bardziej naturalny..
Oczywiście, mamy tutaj przykład klasycznego konfliktu: co w naszym zachowaniu jest wrodzone, a co warunkuje otaczajaca nas kultura. Z tego, co napisałam poprzednio wynika, że w odniesieniu do koloru różowego, moim zdaniem, geny mają większe znaczenie, niż społeczność, w której się wychowujemy. Pewności jednak nie mam i nigdy nie będę miała. Wyciągam wnioski na podstawie własnych obserwacji, ale miejsce, z którego obserwuję może nie być najlepiej usytuowane. Wiem jedno: tego konfliktu nie da się ostatecznie rozwiązać. Nigdy nie będzie klinicznie czystej sytuacji, w której oddzielimy instynkt od wpływu środowiska.




Dlatego, kolejnym, znowu tylko, pośrednim dowodem, że różowy jest kolorem nierozerwalnie związanym z kobiecością, jest to, że nie noszą go w ogóle mężczyźni. Naturalnie, ktoś znowu może powiedzieć, że kultura, w której się wychowali im na to nie pozwala, ja jednak twierdzę, że przyczyna tkwi głębiej. Facet, po prostu, w odróżnieniu od kobiety, nie czuje potrzeby ubrania czegoś różowego. Byłby w tym, jak w nie swojej skórze. Oczywiście są homoseksualiści, którzy, najczęściej, przeciwko temu kolorowi nic nie mają. Ale ten wyjątek tylko potwierdza regułę.
Co ciekawe, w drugą stronę, ta zależność nie występuje. Nie ma koloru, którego kobiety by zbiorowo unikały. W ogóle nie ma czegoś takiego, jak męski kolor! Organizacje maskulinistyczne (spokojnie – wiem, że jeszcze takich nie ma) powinny wystąpić z protestem. W społeczeństwie równych szans, nie może być tak, żeby jedna płeć miała swój kolor, a druga była go pozbawiona. Nawet, jeśli nie jest to zgodne z męskim instynktem, należy jakiś kolor wybrać i dla mężczyzn zatwierdzić. Oczywiście żartuję! Nie wierzę, że coś da się w ten sposób zadekretować. To jeszcze jeden pośredni dowód na to, że jeśli, coś nie wynika z natury człowieka, nie może się zakorzenić w społeczeństwie.
Od kilkunastu linijek jedna rzecz nie daje mi spokoju. Napisałam „w nie swojej skórze” i w tym momencie jakiś błysk olśnienia przeszedł mi przez głowę. A może w tym tkwi rozwiązanie zagadki? W świecie zwierząt samce są zazwyczaj obficiej owłosione niż samice. Z ludźmi jest podobnie, choć teraz mniej to widać. Ale wyobraźmy sobie, że jesteśmy w epoce, kiedy ludzie dopiero uczyli posługiwać się narzędziami. Faceci, cią
gle jeszcze zarośnięci, niczym szympansy, a kobiety? Spod rzadszych włosów, już zaczyna prześwitywać im skóra. No, a w jakim ta skóra jest kolorze…? Bingo! RÓŻOWYM.

 Tak to się właśnie zaczęło.





Teraz nieco aktualności. Żeby było wiadomo kiedy i gdzie piszę. Dzisiaj w telewizji natknęłam się na reklamę pewnego banku. Jej pomysł oparty jest na wykorzystaniu zdania: "mężczyzna musi zarabiać". Patrzyłam w ekran zupełnie skonsternowana! Ta fraza powtórzyła się kilkukrotnie. "Cóż za potworny frazes!!!" - myślałam. "Jasne! A kobieta musi cerować mu skarpetki i robić obiad?!   Jeszcze czego!"
Że też ktoś nadal ma odwagę tak wyświechtane stereotypy powielać! Tym razem to już nie tylko maskulinistyczne, ale i feministyczne organizacje powinny zaprotestować! Może wspólnie ogłosić jakąś deklarację? (doskonała szansa do integracji) Lub zorganizować uliczny protest przeciwko dziewiętnastowiecznemu postrzeganiu roli płci. A może wezwać do bojkotu tego banku? W swojej ojczyźnie (Holandii) na pewno by sobie na coś takiego nie pozwolili!
I kto to robi? Ludzie reklamy, którzy sami często uważają się za awangardę postępu. Ale to mnie akurat nie dziwi. Zwracam tylko uwagę na tę sprzeczność. Żeby sprzedać produkt, bez problemów rezygnują ze swoich przekonań (może w nie jednak nie wierzą) i używają starych myślowych schematów. Szef pewnej agencji reklamowej, w której jakiś czas pracowałam, miał zwyczaj mawiać swoim copywriterom trudzącym się nad reklamami proszków: "Pamiętajcie! Baby są głupie!"
Odeszłam stamtąd, także dlatego, że cały czas miałam wrażenie uczestnictwa w swoistego rodzaju spisku. Robimy tak, żeby było skutecznie, nawet jeśli myślimy, że tak nie jest dobrze.
Tyle tylko, że od tego, nieomal orwelowskiego, dwójmyślenia nie ma już ucieczki. Efektywność na całym świecie wygrała z jakością (choć na pierwszy rzut oka, nie są to pojęcia sprzeczne). Musimy w tej rzeczywistości żyć (na własny użytek rozróżniać dobro od zła i prawdę od fałszu, piekno od brzydoty) i musimy w niej - jak to dawniej mężczyźni - zarabiać.





Po co jednak biadolić nad tym światem, skoro "królewstwo moje nie jest z tego świata". Nieraz zastanawiam się, jak tamten świat wyglada? I czasem mam wrażenie, że też daleko mu od ideału. Jeśli bowiem w niebie istnieje sprawiedliwość, a wszystko na to wskazuje, to chyba nie może tam istnieć równość? Przecież, w zależności od tego, jakim było się w życiu, jest się dalej lub bliżej Boga (choć nie w sensie czasu i przestrzeni, bo one tam nie obowiazują).
Ale jeśli w niebie nie istnieje równość (wszyscy jesteśmy dziećmi Bożymi), to jak będziemy mogli czuć się tam "jak w niebie", czyli dobrze, widząc, że jedni cierpią bardziej (są dalej), a inni mniej (są bliżej) i nie mogąc in w tym cierpieniach ulżyć, albo liczyć, że ktoś ulży naszym cierpieniom? Dość przykra perspektywa. Prawda?
Wizja ludzi spacerujących po bezkresnej łące okazuje się mrzonką. Powszechna niebiańska miłość nie istnieje.
No c
hyba, że rację mają niektórzy teolodzy (w Polsce, ksiądz profesor Wacław Hryniewicz) twierdzący, że zbawiony może być każdy (nawet Adolf Hitler i Stalin). Jak jest naprawdę dowiemy się dopiero tam, lub nie dowiemy sie wcale.

To był mały kącik teologiczny. Osoby niezainteresowane prosze o wyrozumiałość.






Próbuję usprawiedliwiać własną próżność? Być może. Troszeczkę. Nie da się ukryć - lubię być podziwiana. To jeden ze sposobów na potwierdzenie swojej kobiecości. Ale na pewno, nie tylko to. Jeśli spojrzeć na sprawę nieco mniej powierzchownie, potrzeba bycia podziwianą, to po prostu potrzeba bycia zauważoną. Jak większość ludzi, obawiam się samotności (choć zdążyłam się już do niej przyzwyczaić) i w ten sposób próbuję zwrócić na siebie czyjąś uwagę. Kobiecy trik - stary, jak historia ludzkości. Oprócz tego, że jestem atrakcyjna, mam przecież, również duszę. Warto mnie poznać. Spróbuj, a się przekonasz. Szukam kontaktu. Jesteśmy zwierzętami stadnymi i potrzebujemy innych, żeby wyrazić swoje myśli.  Pragniemy też akceptacji.
Właśnie to chcę znaleźć stając przed obiektywem aparatu. Jesteś po drugiej stronie. Nasz wzrok na ułamek sekundy się spotkał. Nie chcę nikogo oszukiwać. Taka właśnie jestem.





"Kim ostatecznie jestem? Dzieckiem tylko, które lubi dźwięk swojego imienia i powtarza je ciągle."
                                                                           
Walt Whitman

No comment. Bo cóż tu można dodać?

   

                          


a jednak...
Ja, mi, mnie, dla mnie, moje (bardzo ważne!), mój, moja, ode mnie...  Gdyby zrobić ranking najczęściej używanych słów na świecie (we wszystkich rasach i kulturach), to te właśnie znalazłyby się na pierwszych miejscach. Żadne: mama, tata, miłość, Bóg - nie miałyby szans.
Odbieramy rzeczywistość przez siebie i dla siebie. Nawet altruizm ma podobno naturę egoistyczną (co niektórzy, wykorzystują jako wykręt, od działalności charytatywnej).
Tylko dlaczego, jeśli jesteśmy tak bardzo "na siebie nastawieni", sami sobie nie wystarczamy?





To nie tylko instynkt, który każe nam przedłużyć gatunek. Choć i wtedy  nasze dzieci są  cząstką nas samych, którą ocalamy przed naszą śmiercią. 
Nie możemy od siebie uciec. Jesteśmy dla siebie tak ważni, że potrzebujemy innych dla potwierdzenia swojej wartości. Łączymy się z naszymi "drugimi połówkami", aby zobaczyć zrozumienie w ich oczach.
W ludziach wokół szukamy podobieństwą z nami samymi. Czytamy naszą gazetę, żeby być w gronie podobnych nam, czytających tę samą gazetę. Cieszymy się, gdy spotkamy kogoś, kto słucha "naszej" muzyki. Lubimy tych, którzy lubią ten sam film, co my. Kibicujemy naszej drużynie, by spotkać podobnych sobie wśród kibiców tej drużyny. Wierzymy, żeby być wśród wierzących, lub nie wierzymy, żeby być wśród niewierzących.
To nie jest także, tylko zwierzęcą potrzeba bycia w stadzie. U podstawy takiego zachowania jest nasze "ja". "Ja", któremu coś doskwiera. Zakochane w sobie i czujące się nie "dość kochane". Potrzebujące miłości i pokaleczone. Niepewne swego. Połowiczne. Jakby jakaś niezbędna część tego "ja" została bezpowrotnie utracona. Szukamy, a nie znajdziemy. W każdym razie - nie teraz.
   


 
             

Dużo ostatnio pracuję. Coraz bardziej oddalam się od siebie.
To nie jest wykalkulowane. Odbywa się w sposób naturalny.
Może jednak da się zapomnieć o sobie?








































 
  stronę odwiedziło już 18531 odwiedzający (28957 wejścia) tutaj! Copyright: monika.solowiow  
 
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=